– Każda ambitna praca naukowa wiąże się z ryzykiem. Czasem przez rok badamy jakiś temat, wszystko wydaje się obiecujące, a potem okazuje się, że nic nie wychodzi i nie jesteśmy ani trochę mądrzejsi niż na początku. Nie zawsze się udaje, ale kluczowe jest poszukiwanie nowych rozwiązań zamiast podążania utartymi ścieżkami – mówi dr Krzysztof Szade. Biochemik z UJ w rozmowie z Anną Korzekwą-Józefowicz, opowiedział o wyzwaniach naukowych i realiach pracy w Polsce.
Dr Krzysztof Szade, fot. archiwum prywatne
Dr Krzysztof Szade jest biochemikiem, zajmuje się krwiotwórczymi komórkami macierzystymi, pracuje na Wydziale Biochemii, Biofizyki i Biotechnologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Na rodzimą uczelnię wrócił po stażu podoktorskim na Stanford University. Jest laureatem trzech konkursów finansowanych przez NCN i programów FNP. W 2022 otrzymał grant ERC na realizację projektu pt. What does your blood remember? The memory of hematopoietic stem cells.
Wszystkie komórki krwi, czyli czerwone i białe krwinki oraz płytki krwi, powstają z krwiotwórczych komórek macierzystych. Szacuje się, że w organizmie człowieka w ciągu sekundy powstaje milion nowych komórek krwi, a proces ten przez całe życie opiera się właśnie na krwiotwórczych komórkach macierzystych. Mechanizmy regulujące produkcję krwi muszą działać niezwykle precyzyjnie – jeśli komórek powstanie za mało, może dojść do anemii, jeśli za dużo – również pojawiają się poważne konsekwencje. Krótkoterminowo organizm potrafi zwiększyć wytwarzanie określonych komórek, ale ostatecznie musi przywrócić równowagę i przebudować cały system.
Krzysztof Szade wraz z zespołem bada jak układ krwiotwórczy reaguje na różne wyzwania i jak się odbudowuje po ich zakończeniu. – Jeżeli zaczynamy intensywnie trenować, na przykład przygotowując się do Tour de France, organizm zwiększa produkcję czerwonych krwinek, żeby poprawić wydolność tlenową. Jeśli mamy przewlekły stan zapalny, potrzebujemy więcej białych krwinek, żeby organizm mógł skutecznie walczyć z infekcją. Cały ten proces jest ściśle regulowany, a my badamy, jak powstają komórki krwi i jak ich produkcja jest kontrolowana na różnych etapach życia – wyjaśnia naukowiec.
Pamięć komórek macierzystych
W projekcie ERC naukowiec bada krwiotwórcze komórki macierzyste, analizując ich zdolność do zapamiętywania wcześniejszych zdarzeń i wykorzystywania tej pamięci przy ponownej odpowiedzi na bodźce.
Skład naszej krwi zmienia się wraz z wiekiem. Jeśli organizm wielokrotnie przechodził infekcje bakteryjne, pewne klony komórek macierzystych mogą „nauczyć się” preferencyjnej produkcji granulocytów. Inne z kolei mogą wykazywać tendencję do zwiększonej produkcji czerwonych krwinek. Z biegiem czasu coraz więcej komórek macierzystych nabiera takich preferencji. – Chcemy sprawdzić, czy pamięć komórek macierzystych i ich „ukierunkowanie” na produkcję określonych typów komórek mogą przynosić korzyści. A jeśli tak, to czy możliwe byłoby kontrolowanie tej pamięci. Na przykład czy moglibyśmy zaprogramować układ krwiotwórczy, aby przygotować go na nadchodzący sezon infekcyjny – mówi.
Naukowiec podkreśla, że to na razie jedynie hipoteza, ale właśnie w tym kierunku zmierzają badania jego zespołu.
Akumulacja mutacji i ryzyko nowotworów
Krwiotwórcze komórki macierzyste mogą mieć też swoje ciemne oblicze. Przez to, że są długowieczne, mogą akumulować mutacje. – Przeciętny granulocyt żyje w organizmie 24 godziny – w takim czasie nie zdąży nagromadzić wystarczającej liczby mutacji, żeby stać się komórką nowotworową. Krwiotwórcze komórki macierzyste są z nami przez całe życie. Pierwszą mutację możemy „złapać” w wieku 5 lat, drugą w wieku 20, kolejną w wieku 45 – i nagle robi się niebezpiecznie – opowiada. W realizowanym obecnie projekcie NCN analizuje, w jaki sposób przedbiałaczkowe komórki macierzyste przyczyniają się do rozwoju ostrych białaczek limfoblastycznych i mieloidalnych. – To komórki, które już nagromadziły mutacje, ale jeszcze nie powodują objawów choroby. Jednak kolejna mutacja może być punktem krytycznym, który uruchomi proces nowotworowy. Pytanie, na które szukamy odpowiedzi, brzmi: czy jesteśmy w stanie wychwycić takie komórki, zanim przekształcą się w pełnoobjawowy nowotwór – mówi.
Mikrośrodowisko komórek macierzystych
Oprócz samych komórek macierzystych zespół dr. Szade bada także ich mikrośrodowisko, czyli tzw. niszę. Komórki macierzyste potrzebują bardzo specyficznych warunków w szpiku kostnym. Ich funkcjonowanie zależy od otaczających je komórek i sygnałów molekularnych. Naukowcy próbują zrozumieć, jakie warunki muszą zostać spełnione, żeby komórki macierzyste działały prawidłowo. – Interesuje nas, czy można w tej niszy coś zmienić, podmienić jedne komórki na inne, poprawiając warunki dla komórek macierzystych. Chcemy ustalić na przykład, co takiego produkują komórki śródbłonka, że komórki krwiotwórcze nie mogą bez nich funkcjonować? – opowiada.
Rozumienie mechanizmów regulujących układ krwiotwórczy może pomóc w lepszym projektowaniu terapii – zarówno w zakresie chorób nowotworowych, jak i wzmocnienia odporności. – To są długofalowe cele, ale właśnie one napędzają nasze badania – podkreśla dr Szade.
Zespół dra Krzysztofa Szade, fot. archiwum prywatne
Powrót z misją
Anna Korzekwa-Józefowicz: Powiedział Pan w styczniu w rozmowie z "Forum Akademickim", że świadomie zdecydował się na powrót do kraju i chce zrobić wszystko, by w dłuższej perspektywie takich osób było więcej. Co wpłynęło na Pana decyzję o powrocie?
Krzysztof Szade: Razem z żoną, która również pracuje naukowo w pokrewnej dziedzinie i która także była na Stanfordzie, od początku planowaliśmy wrócić do Polski, by tu rozwijać nasze badania. Z jednej strony chodziło o względy rodzinne, z drugiej – o chęć przeniesienia zdobytej wiedzy i pokazania, że w Polsce można prowadzić naukę na światowym poziomie.
Chcieliśmy zobaczyć, jak funkcjonuje nauka w najlepszych ośrodkach, a potem spróbować działać w podobny sposób tutaj.
Spędziliśmy na Stanfordzie dwa lata. Według amerykańskich standardów to był dość krótki pobyt, ale dla naszej pracy miał kluczowe znaczenie. Miałem szczęście trafić do świetnego laboratorium i znakomitego profesora, Irvinga Weissmana. To on otworzył nowe perspektywy w dziedzinie badań nad krwiotwórczymi komórkami macierzystymi. Poza tym, że jest wybitnym naukowcem, to także świetnym człowiekiem. Praca z nim wiele mi dała i do dziś widzę jej efekty.
Czego się Pan od niego nauczył?
Pamiętam taki przykład: Ukazała się praca w mojej działce, opublikowana w Cell – czyli w jednym z najlepszych czasopism, w których można publikować w naszej dziedzinie. Przychodzimy do Irva i mówimy: Irv, zobacz, coś tu się nie zgadza, spójrz na tę figurę. A on na to: Zostawcie to. Ta praca niczego nie zmieni. Pomyślcie o czymś innym. I dał nam takie zadanie: A gdybyście stworzyli system, który pozwalałby zobaczyć, jak jedna komórka łączy się z drugą, żeby w tej drugiej komórce pojawił się jakiś znacznik? W tym systemie wszystkie problemy, które są w tej pracy, zostałyby rozwiązane dużo lepiej.
Potem Irv przez trzy miesiące podróżował, ale my już wiedzieliśmy, co mamy robić. On dawał jasny kierunek, w którym warto iść. I właśnie od niego nauczyłem się, jak ważne jest zdefiniowanie problemu w nauce. Co tak naprawdę jest najważniejszą kwestią w danej dziedzinie? Bo to wcale nie jest takie oczywiste.
Od niego przejąłem też taką postawę, by ciągle myśleć o tym, co otworzy nowy kierunek badań, co ma największy potencjał, a niekoniecznie kierować się tylko tym, co akurat powstaje w Cell, Nature czy innych prestiżowych czasopismach, bo to nie zawsze pokrywa się z trendami, które będą kluczowe w przyszłości. Ważna jest umiejętność podejmowania tematów, które są jeszcze mało opisane.
Badań w Pana dziedzinie nie da się prowadzić bez dobrze wyposażonych laboratoriów. Na ile warunki pracy w Polsce różnią się od tych, które miał Pan na Stanfordzie?
Jeśli chodzi o kwestie techniczne i infrastrukturalne, to dostęp do wysokiej jakości aparatury badawczej nie jest w tej chwili problemem.
Moja dziedzina wymaga intensywnej pracy na zwierzętach laboratoryjnych. Pracujemy z komórkami macierzystymi, badamy rzadkie populacje komórek, musimy je dokładnie analizować i sortować. Na uniwersytecie mamy zwierzętarnie i niezbędną infrastrukturę. Dzięki nowym grantom, także ERC, mogłem tę infrastrukturę rozwijać. Gdy przyjeżdżają naukowcy z zagranicy, często mówią: „Masz tu wszystko, czego potrzebujesz”.
Oczywiście, pewne braki nadal istnieją. Lepszy mikroskop, możliwość korzystania z niego na miejscu – to by się przydało, ale to nie jest najważniejsze.
Czego w takim razie brakuje?
W Stanach zobaczyłem, jak wygląda kultura otwartości i konstruktywnej krytyki, która stymuluje do poszukiwania nowych rozwiązań. Pamiętam swoje pierwsze zebranie – po kilku miesiącach pracy w końcu miałem wyniki, byłem dumny, pokazałem je na spotkaniu. I wtedy wstał kolega, teraz profesor na Stanfordzie, i mówi: „To jest do niczego. Idź, popraw to, to i to, wtedy pogadamy”. Nikt się nie obrażał – wszyscy dyskutowali, podrzucali pomysły, żartowali. I to działało – projekty naprawdę nabierały tempa. W Polsce wciąż tego brakuje.
Chciałbym pracować w miejscu, gdzie stale pojawiają się nowi ludzie, nowe pomysły, nowe granty, gdzie jest dopływ świeżej krwi.
Rozumiem, że nie jest z tym w tej chwili najlepiej.
Potrzebujemy rozwiązań, które będą wspierały otwartość uniwersytetów. Dzisiaj problemem jest skostniała struktura – ktoś dostaje etat na uczelni i po prostu zostaje w niej na dekady. Tylko nieliczne jednostki w Polsce działają inaczej, w bardziej otwarty sposób – tworzą nowe pozycje, wspierają powstawanie nowych grup, dzielą się infrastrukturą.
Ogłaszajmy konkursy dla naukowców, którzy udowodnili swoją aktywność, i twórzmy dla nich odpowiednie warunki. Wielu naukowców, którzy odbyli staże zagranicą, mogłoby wrócić, by dzielić się zdobytym doświadczeniem, ale często napotykają na problem braku miejsc. System powinien wspierać tych, którzy zdobywali wiedzę na najlepszych uczelniach.
Sam dostałem etat w ramach grantu ERC, wcześniej go nie miałem. Gdybym nie otrzymał tego grantu i skończyłby się moje projekty finansowane przez NCN, nie miałbym dalszych możliwości i prawdopodobnie nie pracowałbym już w nauce.
Są fundusze unijne na rozwój najlepszych jednostek naukowych, ale warto powiązać ich finansowanie z konkretnymi działaniami, np. liczbą nowo utworzonych grup badawczych. Ciągłość dydaktyczna jest ważna, ale równie istotne jest otwieranie nowych kierunków naukowych i dydaktycznych. Jeśli uczelnia faktycznie inwestuje w rozwój i otwiera się na nowych ludzi, powinna otrzymywać dodatkowe środki na to, by te grupy mogły się rozwijać. Inwestycja w rozwój nowych grup badawczych po prostu się opłaca.
Co jeszcze, oprócz większej otwartości uczelni, powinno się zmienić?
Jednym z największych problemów w Polsce jest marnowanie zasobów. Czasem odwiedzam jednostki badawcze, które są świetnie wyposażone – mają nowoczesny sprzęt, doskonałą infrastrukturę, ale nic się w nich nie dzieje. Na Zachodzie to nie do pomyślenia – tam naukowcy walczą o dostęp do aparatury, rezerwują sloty na analizy w niedzielę o 20:00, sprzęt jest w ciągłym użyciu. U nas brakuje takiej efektywności. Może warto byłoby wprowadzić system raportowania wykorzystania sprzętu – ile procent czasu faktycznie pracuje, kto z niego korzysta? Jeśli inwestujemy w infrastrukturę, to nie może ona stać nieużywana.
W Krakowie staramy się to zmieniać – forsujemy model wspólnych jednostek międzywydziałowych, w których sprzęt byłby dostępny dla większej liczby badaczy. Mamy aparaturę, która jest wykorzystywana mniej, więc powinniśmy szukać grup badawczych, które mogą ją efektywnie wykorzystać. Jeśli mamy np. cytometry przepływowe, czy dobrze wyposażoną zwierzętarnię, to powinniśmy aktywnie szukać zespołów, które mogą z nich korzystać.
Jest Pan jedną z osób zaangażowanych w działania na rzecz zwiększenia budżetu NCN, ale w kwestii postulowania większego budżetu dla nauki w ogóle, wydaje się Pan bardziej ostrożny. W przywołanym już wywiadzie stwierdził Pan, że 3% PKB na naukę to dobra propozycja, jednak dalsze zwiększanie finansowania bez wprowadzenia zmian strukturalnych nie przyniesie oczekiwanych efektów.
Trzeba jasno powiedzieć – wysokość nakładów na naukę w Polsce jest głównym czynnikiem limitującym jakiekolwiek zmiany. Jesteśmy szóstą gospodarką Europy, a jednocześnie pod względem procenta PKB przeznaczanego na naukę jesteśmy w ogonie. To absurd. Na szczęście coraz częściej słychać głosy, że trzeba to zmienić. Podpisuję się pod tym obiema rękami – 3% PKB na naukę to cel, do którego powinniśmy dążyć.
Ale samo wpompowanie pieniędzy w system nie wystarczy, jeśli nie pójdą za tym reformy.
Pojawiają się pomysły, żeby wszystkim dać więcej środków, ale to jest droga donikąd. Efektywne systemy finansowania nauki na świecie inwestują tam, gdzie jest jakość i rzeczywiste osiągnięcia.
Finansowanie powinno w pierwszej kolejności wspierać miejsca, gdzie prowadzone są badania najwyższej jakości i gdzie stosuje się rzetelną ocenę naukową, dlatego system grantowy to podstawa. Potrzebujemy przejrzystych kryteriów oceny oraz kierowania funduszy tam, gdzie osiągane są najlepsze wyniki. Finansowanie nie może opierać się wyłącznie na środkach statutowych, ponieważ może to prowadzić do ich rozproszenia i ograniczenia efektywności.
Badacz zna wyniki najlepiej
W ogłoszonym niedawno przez premiera Donalda Tuska i ministra finansów Andrzeja Domańskiego programie rozwoju Polski nauka, w tym badania podstawowe, została uznana za jeden z filarów. Dzięki m.in. działaniom wspierającym NCN zmienia się dyskurs o nauce – politycy podkreślają, że każda złotówka zainwestowana w badania i innowacje przynosi wielokrotny zwrot dla gospodarki.
Nauka ma wartość samą w sobie.
W przypadku badań podstawowych nigdy nie można przewidzieć, które z nich doprowadzą do przełomowych wdrożeń. Przykładem może być receptor, na który działa Ozempic – kiedy badano go lata temu, nikt nie mógł przewidzieć, że stanie się celem terapeutycznym dla leku, który dziś napędza wzrost gospodarczy Danii dzięki firmie Novo Nordisk. Tego rodzaju odkryć nie da się zaplanować z góry.
Badania wdrożeniowe nie dają mi największej satysfakcji, ponieważ oprócz pracy naukowej wymagają także poszukiwania partnerów biznesowych i opracowania strategii komercjalizacji. Ale jak powiedział profesor Weissman, nikt nie zna lepiej wyników swoich badań niż sam badacz, dlatego to na nas spoczywa odpowiedzialność za dostrzeganie ich potencjalnych zastosowań. Powinniśmy nieustannie analizować nasze wyniki i zastanawiać się, czy mogą mieć praktyczne znaczenie, a jeśli tak – podejmować próby ich wdrożenia.
Sami coraz częściej nawiązujemy współpracę z klinicystami z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi i Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, aby przełożyć naszą wiedzę na praktykę. Szczególnie w kontekście badań nad białaczkami mamy teraz kilka obiecujących projektów.
Na czym polegają te badania?
Skupiamy się na mechanizmach klonalnej ewolucji nowotworu, czyli na tym, jak w komórkach macierzystych gromadzą się mutacje prowadzące do białaczki. Często mówi się o tzw. „ostatecznym uderzeniu” – mutacji, która bezpośrednio wywołuje chorobę. Chemioterapia może skutecznie eliminować komórki białaczkowe, ale nie zawsze usuwa te przedbiałaczkowe, które już wcześniej nagromadziły mutacje. Jeśli jedna z nich zyska nową mutację, proces zaczyna się od nowa, często w bardziej opornej formie.
Aby skutecznie leczyć białaczkę, musimy zrozumieć te ścieżki rozwoju od samego początku – od komórek macierzystych. Kluczowe są badania na poziomie pojedynczych komórek, bo nie możemy analizować ich w masie, wrzucając do wspólnej próbki. To trudne i kosztowne, ale daje precyzyjne informacje o tym, które komórki mogą stać się nowotworowe i gdzie najlepiej uderzyć, aby zatrzymać chorobę u źródła.
Analizujemy próbki szpiku od pacjentów z białaczką, by znaleźć rzadkie komórki macierzyste, których w standardowej diagnostyce się nie bada. W przypadku dzieci z białaczką limfoblastyczną nawet 80% szpiku mogą stanowić komórki nowotworowe, ale wśród nich staramy się odnaleźć i przeanalizować komórki macierzyste – ocenić, czy są zdrowe, czy już obciążone mutacjami. To istotne, bo to one będą potrzebne organizmowi po leczeniu i rekonwalescencji.
Naszym celem jest sprawdzenie czy analiza tych wczesnych etapów nowotworzenia może pomóc w lepszym leczeniu białaczek w przyszłości.
Jednym z postulatów podnoszonym przez badaczki i badaczy – oprócz wzrostu finansowania dobrej nauki – jest zmiana ustawy o zamówieniach publicznych.
Prawo zamówień publicznych torpeduje naukę w Polsce. Rozumiem jego sens, ale w badaniach zupełnie się nie sprawdza. Zamiast zajmować się badaniami, piszemy kolejne wnioski i uzasadnienia, żeby móc przenieść środki tam, gdzie są najbardziej potrzebne. To trochę jak w tym dowcipie o zajączku, który przychodzi na stację benzynową i pyta:
– Ile kosztuje kropelka benzyny?
– Kropelka? Nic nie kosztuje.
– To proszę mi nakapać cały bak.
I tak samo jest u nas – każda pojedyncza procedura wygląda na drobiazg, ale gdy zsumujemy ich setki, to cały czas, który moglibyśmy przeznaczyć na badania, dosłownie „kapie” w biurokratyczne formularze.
Mam generalnie wrażenie, że pomysły w Polsce mamy wcale nie gorsze niż te za granicą, ale ich wdrożenie tu jest znacznie trudniejsze. Po pierwsze, to właśnie ogromna biurokracja i przepisy, które wiążą naukowcom ręce. Po drugie, brakuje nam odpowiedniego wsparcia technicznego. Mamy świetny sprzęt, ale nie inwestujemy w ludzi, którzy umieliby go w pełni wykorzystać. Potrzebni są specjaliści, którzy nie muszą starać się o granty i pisać publikacji, tylko po prostu wiedzą, jak maksymalnie efektywnie obsługiwać aparaturę. Tego bardzo brakuje, a bez tego nasze laboratoria nie działają tak sprawnie, jak by mogły.
Dojrzały pomysł na ERC
Mówi Pan o wartościowych pomysłach polskich naukowców. W statystykach Europejskiej Rady ds. Badań Naukowych tego nie widać – spośród około 17 tys. przyznanych przez agencję grantów, mniej niż 100 było lub jest realizowanych w Polsce. Jakie działania mogłyby przyczynić się do zwiększenia tej liczby?
Jest wiele osób, które są bardzo dobre, publikują na wysokim poziomie i starają się o te granty, ale wiadomo, że konkurencja jest ogromna i nie zawsze udaje się zdobyć dofinansowanie. Warto pamiętać, że sukces zależy nie tylko od jakości projektu, ale również od czynników losowych, takich jak skład panelu czy recenzentów. Średni współczynnik sukcesu w ERC wynosi 10–15%, co oznacza, że nawet świetni naukowcy mogą nie dostać finansowania. Dlatego kluczowe jest podejmowanie prób – im więcej aplikacji, tym większe są szanse na sukces.
Dla mnie największą wartością ERC jest jakość i liczba recenzji oraz fakt, że wnioski oceniają najlepsi eksperci. To sprawia, że ten grant rzeczywiście jest wyróżnieniem – przejście przez ten proces ewaluacji wiele znaczy.
Jedna z moich poprzednich rozmówczyń, prof. Róża Szweda, podkreślała, że w staraniach o grant ERC bardzo ważna jest rozpoznawalność. To nie tylko kwestia dobrze opracowanego wniosku, ale także budowania swojej pozycji w środowisku.
Rozpoznawalność na pewno pomaga. Jeśli aktywnie uczestniczymy w konferencjach, dyskutujemy z ekspertami, prezentujemy im nasze prace, to oczywiście może to pomóc – zwłaszcza, że właśnie ci ludzie mogą potem oceniać nasze wnioski. Nie jest to jednak decydujące. To nasze wcześniejsze publikacje i dorobek pokazują, kim jesteśmy jako badacze.
Myślę, że kluczowa jest otwartość na krytykę – pomysł na projekt powinien być omawiany i poddawany weryfikacji jak najwcześniej. Mój pomysł na grant ERC pojawił się jeszcze pod koniec doktoratu, przed wyjazdem do Stanów. Tam zajmowałem się czymś zupełnie innym, ale temat wciąż miałem w głowie, konsultowałem go z wieloma osobami, w tym naukowcami spoza mojej wąskiej specjalizacji, patrząc na niego z różnych perspektyw. W końcu ktoś mi zasugerował: „Musisz spróbować”, i to zrobiłem – ale tylko dlatego, że pomysł był już wówczas dojrzały, dobrze przemyślany i poddany wcześniejszej krytyce.
Konsultacje z osobami spoza wąskiej dziedziny są bardzo ważne. Także one powinny zrozumieć istotę projektu, dostrzec gap in the knowledge, który próbuje się wypełnić, i zobaczyć, do czego proponowane rozwiązanie może się przyczynić.
Jeśli chodzi o sam wniosek, to zawsze powtarzam, że najważniejsza jest pierwsza strona. Na tej stronie musi być jasno określony problem badawczy, sposób jego rozwiązania oraz to, co z tego wyniknie. Ważne jest, aby opis wskazywał, jak projekt przełamuje dotychczasowy status quo.
W Stanach, kiedy pisałem wnioski do National Institutes of Health, uczono mnie, że kluczowe są tzw. specific aims – precyzyjnie sformułowane cele badawcze. Jeśli są dobrze opracowane, cały wniosek można potem sprawnie dopracować, bo widać, że badacz ma już jasno określoną koncepcję i wie, co chce zrobić.
Wcześniejsze doświadczenia z w konkursach krajowych – NCN i FNP – miały wpływ na Pana wynik w konkursie ERC?
Dr Krzysztof Szade, fot. archiwum prywatne
Zdecydowanie tak. Wnioski do NCN i ERC piszę w podobny sposób, choć oczywiście projekt składany do ERC musi wykraczać poza standardowe podejście. Staram się podejmować ryzykowne wyzwania, zamiast ograniczać się do tematów, których realizacja jest w pełni przewidywalna.
Nauka to nie biznesplan. Czasem przez rok badamy jakiś temat, inwestujemy mnóstwo pieniędzy, wszystko wydaje się obiecujące, a potem okazuje się, że nic z tego nie wychodzi i nie jesteśmy ani trochę mądrzejsi niż na początku.
Każda ambitna praca wiąże się z ryzykiem. W nauce często mówi się o zasadzie „high risk, high gain”, ale równie dobrze może być „high risk, high fall”. Bywa, że projekt, który wydawał się świetnym pomysłem, okazuje się niemożliwy do realizacji przez nieprzewidziane czynniki, które wszystko komplikują.
Nie zawsze się udaje, ale kluczowe jest poszukiwanie nowych rozwiązań zamiast podążania utartymi ścieżkami.
Wspomniał Pan, że na Stanfordzie była też Pana żona. Dr Agata Szade jest bardzo aktywną naukowczynią, pracuje w pokrewnej dziedzinie, jej praca była wielokrotnie doceniana przez polskie i międzynarodowe gremia.
Tak, i to ma dla mnie ogromne znaczenie – cieszę się, że oboje możemy rozwijać się naukowo. To jednak wymaga wielu kompromisów. Często musimy wybierać: jedna konferencja tu, druga tam – a ktoś musi zostać z dziećmi. Praca naukowca nie kończy się o 17:00, więc pogodzenie jej z życiem rodzinnym bywa wyzwaniem. Nie jest to łatwe, ale możliwe. Dlatego tak ważne są programy wspierające naukowców w łączeniu kariery z rodzicielstwem. NCN dobrze to realizuje, np. umożliwiając przedłużenie okresu aplikowania o granty o czas wynikający z obowiązków macierzyńskich. Bez tego byłoby znacznie trudniej.
W cyklu wywiadów NCN o badaniach, ścieżkach kariery, godzeniu ról zawodowych i prywatnych poprzednio ukazały się m.in. wywiady z laureatkami grantów ERC prof. Anną Matysiak, demografką i ekonomistką, prof. Różą Szwedą, chemiczką polimerów i prof. Ewą Szczurek, informatyczką oraz stypendystkami programu L’Oréal-UNESCO Dla Kobiet i Nauki – dr Zuzanną Świrad oraz dr Martą Pacią i dr Aleksandrą Rutkowską.
W ostatnim odcinku podcastu NCN rozmawialiśmy o badaniach i ocenie wniosków w konkursach ERC z historyczką sztuki, prof. Grażyną Jurkowlaniec i neurobiolożką, prof. Eweliną Knapską.